Morwa niby biała

No to posadziłam sobie wiosną w maleńkim przydomowym ogródku morwę białą. Ponoć ma piękne liście o każdej porze roku. Nie wiem, zobaczymy, póki co ma zielone, bardzo ładne. Moja morwa ma gałęzie opadające w dół i ma być takim chochołem :) Może nawet da się z niej zrobić "bazę" ;) Spodziewałam się owoców takich zbliżonych do jeżyn, tylko że białych. No a okazało się, że wyrosły niemalże czarne, drobniejsze za to okrutnie plamiące... Dość smaczne, choć bez szału. Myślałam, że u ogrodnika pomylili etykietki i kupiłam morwę czarną, ale poszperawszy w necie widzę, że tak może być, tzn. że morwy białe mogą mieć różne barwy owoców: albo białą, albo różową, albo właśnie taką fioletowo- czarną. No i masz babo placek. Z morwą :) Dziecię moje już się zdążyło bezprzykładnie wybrudzić owocami, bo przecież niekoniecznie trzeba ukrywać co się jadło. Można przecież powycierać rękę o białą koszulkę, a później udać zdziwienie. Na szczęście udało mi się sprać plamy, choć łatwo nie było. Musiałam przepierać na zmianę w mydle i soku z cytryny. Bardziej przeraża mnie jednak to jak duże to to rośnie. Bo kupowałam jako niskie ozdobne drzewko, nad którym można łatwo zapanować i kontrolować jego wysokość na powiedzmy 3 metry. Ale po zdjęciach zamieszczonych w internecie widzę, że to nie krzak, tylko regularne drzewo, które potrafi urosnąć wysokie, ale też ma całkiem spory pień i zapewne korzenie... Ech, te moje pomysły. Mam takie deja vu - kiedyś przyniosłam do domu pieska, który miał być mały, a później urósł... Pewnie za kilka lat z tym drzewkiem będzie problem...


A czytelniczo, zabieram się za "Ziarno prawdy" Miłoszewskiego. Nie czytałam jeszcze tego autora, choć kilka razy korciły mnie jego książki, i jestem bardzo ciekawa wrażeń :)

Komentarze

Popularne posty