Zaległości

Od miesiąca usiłuję nadrobić zaległości w wiedzy, a jednocześnie być na bieżąco z nowościami i jakoś opornie mi to idzie. Ciągle mam w plecy 3 miesiące, których nie mogę ogarnąć. A zaczęło się tak niewinnie i wydawało się, że przejrzenie wszystkiego i odnotowanie najważniejszych rzeczy to będzie tylko formalność. Ale jak to w życiu bywa, zawsze mogą pojawić się przeszkody i trudności, a skoro mogą, to i się pojawiły; pokrzyżowały mi wiele planów i zabrały mnóstwo czasu. Co jakiś czas dopada mnie myśl, w jakim pięknym punkcie życia byłabym, a przynajmniej moje plany, gdybym nie traciła tyle czasu na nicnierobienie, albo robienie rzeczy zbędnych, choć często przyjemnych. Mało pocieszająca jest myśl, że pewnie każdy tak ma. Prosty przykład: ćwiczenia. Chyba każdy kiedyś podejmował próby ćwiczeń i gdyby konsekwentnie realizował te plany nie byłoby problemów z tym, że nadal sześciopak jest ukryty pod pierzynką tłuszczyku, a kondycja generalnie słabiutka. Inny przykład: gdyby każdy odstawił słodycze (co pewnie też wiele osób sobie obiecywało), które mimo że pyszne, jakoś nie bardzo potrzebne są organizmowi, nie miałby problemów z wagą, miałby za to mniejsze kłopoty z uzębieniem i więcej pieniędzy w portfelu. I znowu to gdyby... Ech... Kolejny przykład: zamiast nadrabiać zaległości, siedzę tu i piszę, co można co prawda też uznać za nadrabianie zaległości, bo ostatnio rzadko zaglądam na bloga, ale jednak są rzeczy zasadniczo ważniejsze. Tymczasem postanowiłam sobie ograniczając wysiłek, bo nie mam na niego czasu, zrzucić parę kilo poprzez ograniczenie ilości jedzenia, zwłaszcza słodkiego i chrupiącego, i zwiększenie ilości picia (oczywiście bezalkoholowego). Swego czasu sporo przytyłam jak uznałam, że trzeba posłuchać mądrych ludzi i jednocześnie rzuciłam palenie i "zeszłam" z czterech dużych kubków kawy dziennie do jednej filiżanki. Nie wiem jak to wpłynęło na mój stan zdrowia w części niewidocznej na gołe oko, ale jeśli chodzi o widoczną, to nie było dobrze. Do palenia nie wrócę, bo fajki śmierdzą mi teraz okrutnie i kompletnie nie smakują, żeby nie użyć bardziej dosadnego sformułowania, ale ilość spożywanej kawy zamierzam zwiększyć. Ostatecznie kofeina jest składnikiem wszystkich chyba środków na odchudzanie, których nie stosuję, bo w nie nie wierzę, ale kawę będę pić w większych ilościach. Przeglądałam ostatnio kawiarki elektryczne (nie posiadam kuchenki gazowej więc tradycyjne kawiarki odpadają), bo słyszałam że kawa smakuje z nich lepiej i jest zdrowsza niż rozpuszczalna; ma też ten plus nad kawą po turecku, że fusy w zęby nie włażą. Może więc nabędę takie coś i spróbuję. Marzy mi się też spieniacz do kawy, choć mój Ukochany uważa to za fanaberię i kolejne zagracanie pełnej już kuchni... Zacznę więc chyba od kawiarki, a później się zobaczy. Może zażyczę sobie spieniacz jako prezent z jakiejś okazji :)

Komentarze

Popularne posty