Przygody Guliwera
Potomek bardzo lubi książki. A najbardziej w formie audiobooków czytanych przez mamę. Nie ważne ile ma lat i że w tym wieku mamy zwykle już nie czytają dzieciom, my mamy swój rytuał. Ostatnio zabraliśmy się z J.Swifta. Wiedząc, że pierwszą część dotyczącą wyprawy do kraju Liliputów mamy w domu (czekała z dwa lata na swoją kolej), wypożyczyliśmy części 2-4 z biblioteki szkolnej. W trakcie czytania naszej książeczki okazało się, że znajduje się w niej również część 2 - wyprawa do kraju Olbrzymów. No to mając wybór - czytać swoją czyściutką książeczkę, albo nieco pożółkłą z biblioteki (nie żeby była zniszczona, ale po prostu zleżała; niestety dzieciaki rzadko sięgają po książki "niemodnych" autorów), przeczytaliśmy naszą. Po przeczytaniu wzięłam do ręki książeczkę biblioteczną, tak żeby przejrzeć i ze zdziwieniem stwierdziłam, że ma 8 rozdziałów, przy naszych 6!!! Przejrzałam trochę dokładniej i okazało się, że nasza książka zawiera sporo powycinanych fragmentów, o czym wydawnictwo nie poinformowało oczywiście, a to wychodzi przecież poza ramy tłumaczenia. Przejrzałam pobieżnie tekst i okazało się, że naszą książeczkę "przystosowano" do dzieci, wycinając np. fragmenty jak to Olbrzymki rozbierały się przed Guliwerem, a jego to nie podniecało. No dobra, rozumiem, że w czasach Swifta książek raczej nie pisało się dla dzieci tylko dla dorosłych, nawet te, które dziś zaliczamy do bajek. Rozumiem też, że wydawnictwo może chcieć wydać wersję skróconą, ale rzetelność co do treści utworu nakazywałaby poinformowanie o tym.
Swoją drogą ciekawe ile na rynku istnieje wydań książek "przetłumaczonych" lub wręcz zachwalanych jako "nowe tłumaczenie", a które tak naprawdę są skróconą wersją oryginału. Ciekawe również, czy są to tylko skrócone wersje czy wręcz zmienione i ile dzisiejsze książki mają wspólnego z oryginałami sprzed lat...

Komentarze
Prześlij komentarz